Zbrodnie wojenne Wehrmachtu 1939 - Śladów (pow. sochaczewski)

Awatar użytkownika
trobal
Posty: 1200
Rejestracja: pt mar 13, 2009 9:32 am
Lokalizacja: Puławy
Kontakt:

Zbrodnie wojenne Wehrmachtu 1939 - Śladów (pow. sochaczewski)

Postautor: trobal » czw sty 07, 2010 6:02 pm

Śladów
18 września 1939 roku żołnierze niemieccy dokonali mordu na 298 osobach. Ok. 150 z nich było jeńcami wojennymi. Wśród nich znajdowali się także ranni. Reszta zamordowanych to mieszkańcy okolicznych osad oraz uchodźcy, których w owym czasie drogi były pełne. Przeznaczonych do zabicia było 300 osób, dwie jednak z nich przeżyły i na ich zeznaniach oparto rekonstrukcję zdarzeń. Ocaleni to Stanisław Klejnowski i Alfred Kitliński - mieszkańcy pobliskich Tułowic.

Niemcy 300 osób zgromadzili na tzw. "główce" wiślanej i otworzyli do nich ogień. Jedni ginęli od kul, inni potonęli uciekając w rzece. Nie zidentyfikowano jednostki wojskowej, która dokonała tej rzezi. Można tylko podejrzewać, że należała do 4 Dywizji Pancernej z XVI Korpusu 10. Armii.

W tej sprawie pojawia się jeszcze wątek mieszkających w okolicy osadników niemieckich. Mieli oni sprowokować całe to wydarzenie chcąc się zemścić na polskich sąsiadach. Jeńcy pochodzili z oddziałów biorących wcześniej udział w bitwie nad Bzurą.
zapuszczam wąsy, wyciągam szablę
pędzę na koniu po śmierć i chwałę
a żadna myśl nie mąci w głowie
bo tu emocje podsycają ogień
Dezerter "My Polacy"
Awatar użytkownika
Majsterek
Administrator - Stowarzyszenie
Posty: 660
Rejestracja: pn lis 15, 2010 11:20 pm

Re: Zbrodnie wojenne Wehrmachtu 1939 - Śladów (pow. Sochaczewski)

Postautor: Majsterek » wt paź 02, 2018 7:49 pm

Wspomniana tu zbrodnia to jeden z największych mordów niemieckich na jeńcach podczas września 1939. Nie byli to jednak tylko jeńcy ale również cywile z okolicznych miejscowości (84 osoby z gminy Tułowice, w tym małe dzieci). Rozpoznanych bliskich pochowano na cmentarzach w Kamionie, Brochowie i Leoncinie. Nie ustalono nazwisk wszystkich poległych. Trzeba zauważyć, że w wyniku porachunków z "kolonistami", w Tułowicach zginęło 37% mieszkańców. Myślę że przy okazji tworzenia Muzeum Osadnictwa Niemieckiego w Wiączeminie pod Płockiem, tamtejsze Muzeum Mazowieckie mogłoby zająć się sprawą napiętych relacji między Polakami a Niemcami, w przeddzień wybuchu wojny oraz w jej trakcie, nad Wisłą właśnie. Dotychczas nikt tego porządnie nie zrobił, a obecnie akcent kładzie się na pokazywanie tylko tego co łatwe i przyjemne, z pominięciem ujemnych aspektów niemieckiego kolonializmu.
Wspomnienia jednego z dwóch ocalałych z masakry - Stanisława Klejnowskiego zawarte są w aktach Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, Ankiety Sądów Grodzkich, sygn. 44, k. 709.
Dzień 18-ty września, gdy do wsi Śladowa wkraczało niemieckie wojsko, kilka samolotów krążyło nad wsią i rzucało ulotki nawołujące żołnierzy polskich, ażeby się zdali do niewoli, nie grozi im żadne nieszczęście i nie stanie im się żadna krzywda. Polskich oddziałów wprawdzie już było mało i zostali już okrążeni, więc nic im nie pozostało innego, tylko się zdać, to też tak zrobili i wraz z rannymi zdało się kilkudziesięciu. Pozostało jeszcze kilkunastu nad Wisłą pod wałem wiślanym i wszyscy bronili się tak, aż wszyscy polegli.

Ja wraz ze swoim kolegą Złobickim i kilkuset innymi nieszczęśnikami zostaliśmy zabrani z osady p. Ciurzyńskich i zostaliśmy pognani nad Wisłę. Jednocześnie Niemcy zrobili sobie z nas żywy wał ochronny przed małą grupką ułanów pułków poznańskich. Ułani, widząc swoich Polaków, nie mogli się bronić. Sieli ogniem po skrzydłach, prawym i lewym, zaś środek linii zastawiony [był] żywym okopem, więc wdzierali się coraz bliżej, aż zostali wszyscy wystrzelani. Wtedy zabrano nas wszystkich i gdy bój już ustał, dano nam łopatki i kazano pochować poległych żołnierzy polskich i pozabijane konie. Mówiono nam, ażeby się pospieszyć, to nas zwolnią. Zaznaczam, że Niemcy byli w czarnym umundurowaniu i czarnych beretach na głowie z trupią główką. Gdy z czołgów powysiadali, to jeden starszy oficer zwołał ich i przez dłuższy czas się naradzali. Gdy się skończyła konferencja, zwołano nas powtórnie i obrewidowano każdego. Co kto posiadał, wszystko nam zabrano. Wtedy oficer niemiecki się odezwał: – Kto z was mówi po niemiecku? Był z nami jeden Niemiec Bucholz, kolonista. Dowódca niemiecki zbliżył się do niego i zwrócił uwagę, że on ma koszulę żołnierza niemieckiego i spytał: – Skąd to masz, ty psie? Tyś zabił Niemca i zabrałeś mu. Nie pomogły żadne tłumaczenia się. Został tak samo potraktowany, jak i Polak. Wtedy wydał rozkaz, żeby nas przepędzono na drugą stronę wału i ustawili nas przy samym brzegu Wisły, wraz z nami wszystkich żołnierzy ciężko rannych. Nie mogących iść o własnej sile, koledzy na ręku ponieśli na miejsce stracenia. Niektórzy żołnierze, ukryci w zaroślach, poczęli wychodzić i Niemcy nie brali ich do niewoli, tylko zabijali na miejscu (zaznaczam, że żołnierze wychodzili z rękami podniesionymi do góry). Na widok takich scen zaczęli wszyscy aresztowani wołać o litość, Niemcy zaś zaczęli się śmiać i wołać: „polskie psy”.

Ustawili nas w dwuszeregu. Na prawym skrzydle stali żołnierze polscy w liczbie około 150-ciu, zaś na lewym stali cywile, od lat 15-stu do 75, także w liczbie około 150-ciu. Był jeszcze jeden mężczyzna, który miał ze sobą synka małego, około 4 letniego. Niemcy zabrali mu go, dziecko zaś zaczęło płakać i wołać do tatusia. Niemcy się rozgniewali na malca i wypędzili do ojca. Nastąpiła egzekucja. Strzelali z trzech karabinów maszynowych z wału wiślanego. Gdy zaczęli strzelać, poczęli żołnierze skakać do Wisły. Ja uczyniłem to samo, tylko z tą różnicą, że od razu wcisnąłem się pod burtę brzegu i stamtąd mogłem dobrze obserwować, co działo się na Wiśle. Żołnierze pływali, a Niemcy strzelali do nich jak do dzikich kaczek, tak że żaden z nich nie uszedł śmierci. Ja siedziałem w wodzie od pierwszej po południu do dziesiątej wieczorem. Gdy wieczorem rzuciła się mgła, mogłem od brzegu odpłynąć cały mokry i trzęsąc się jak liść osiki, i przepłynąłem na drugą stronę Wisły, w ubraniu (zaznaczam, że jestem bardzo dobry pływak). Na drugiej stronie z powrotem Niemcy mnie złapali i przyłączyli do jeńców polskich. Byłem w tym czasie w stanie gorączkowym i chwilowym obłędzie. Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje i bałem się wszystkich Niemców. Wieczorem tego samego dnia odsyłano nas do Płońska. W drodze przy pomocy kolegów udało mi się uciec. Dzisiaj czuję się źle, mam reumatyzm i brak mi pamięci.

Jeśliby chodziło o obszerniejsze wiadomości, zawsze służyć mogę pomocą, ale sam tego nie napiszę, mogę tylko całą historię opowiedzieć, gdyż to jest dla mnie strasznie kłopotliwym. Mieszkam w Tułowicach, powiat Sochaczew, gmina Tułowice.

Wróć do „II wojna światowa”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości