Sierżant Frantisek - dzielny Czech?

Awatar użytkownika
Ezy.Ryder
Posty: 235
Rejestracja: pn mar 16, 2009 10:58 am
Lokalizacja: Izabelin

Sierżant Frantisek - dzielny Czech?

Postautor: Ezy.Ryder » wt gru 01, 2009 2:24 pm

Postać Josefa Frantiska opisał Arkady Fiedler w swojej książce pt."Dywizjon 303".
Wykreował tym samym niejako postać romantycznego bohatera, niezłomnego pilota który podąża własna drogą zwycięstwa i chwały.
Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że daleki jestem umniejszaniu zasług owego pilota jakiekolwiek by nie były, po prostu postać ta wg mnie jest bardzo kontrowersyjna i dla tego chciałbym sprowokować dyskusję.
Będąc uczniem szkoły podstawowej czytałem "Dywizjon 303" i to nie dla tego że był lekturą obowiązkową. Frantisek był jakiś czas moim idolem i nawet napisałem o nim wypracowanie, a potem nagle przeczytałem pewien tekst w gazecie i mój świat runął, tak więc, jest to też jakaś tam moja osobista wycieczka.
Arkady Fiedler pisząc swoja książkę opierał się na wspomnieniach pilotów i ich zapiskach, a sama książka powstawała niejako ku pokrzepieniu serc, więc raczej nie jest dobrym źródłem wiedzy historycznej. Wiele wskazuje zatem że postać Frantiska została mocno ubarwiona, jak i sam motyw braterstwa polsko-czeskiego.
Nie lubię nic przeklejać ale tu chyba się bez tego nie obejdzie. Pozwolę sobie zatem zacytować rozdział książki poświęcony Frantiskowi i zachęcam do przeczytania, nie jest tego dużo, a pozwoli lepiej zrozumieć całą sytuację.

"SIERŻANT FRANTISZEK - DZIELNY CZECH
Ów zuchwały Czech wyrodził się ze swego narodu: nie był stateczny i nie był układny. Właściwie wyrodził się ze wszystkich ludzi naszego wieku: miał bujność romantyków, żar średniowiecza i był jak wulkan wyrzucający lawę nie tam, dokąd ludzie przywykli, że wyrzuca. Miał swe własne zbocza i swe własne chody. Takich ludzi jest dziś mało. Tacy ludzie albo giną jako zbrodniarze, albo zostają bohaterami. Józef Frantiszek stał się bohaterem. Gdy hitlerowcy w marcu 1939 roku wkraczali do Pragi, on, czeski sierżant-pilot, był jednym z owej dzielnej garstki, która przeciw gwałtowi czynnie zaprotestowała: porwał samolot i poleciał do Polski. Uczynił to przeciw swym władzom, przeciw ogółowi i "zdrowemu" rozumowi: mógł był przecież żyć nadal skromnie i spokojnie, jak tylu innych w Protektoracie. Lecz on nie chciał żyć spokojnie. Chciał walczyć. Musiał walczyć. Jego żywiołowa indywidualność i rogata natura nie mogła pomieścić się w ramach zaborczego totalizmu i hitlerowskiej niewoli. Więc Frantiszek, wierny sobie, odleciał do kraju przyszłych walk i odtąd swój los połączył z losami Polaków. Przechodził całą ich gehennę. Tragiczny wrzesień i drogę do Zaleszczyk. Rumunię i bałkańską odyseję. Morze Śródziemne i Francję. Wciąż między nimi, wciąż jeden z nich. Nie tylko pobratymiec i nie tylko współsłowianin, lecz jak i oni zawzięty desperat. Były to najsilniejsze więzy: razem z Polakami szukał rozpaczliwie nowej broni przeciw wspólnemu wrogowi i szukał nowego pola bitew. To ich łączyło. Znalazł jedno i drugie we Francji. Niestety, jak wiadomo, krótkotrwały ogień francuski ledwo zapłonął, zgasł. Lecz w tym krótkim czasie zabłysnął inny płomień, sławy Frantiszka. Płomień niegasnący. Czech pokazał, kim jest: kapitalnym pilotem, i pokazał, jak umie zestrzeliwać nieprzyjaciół. W powietrznych walkach nad Belgią i Szampanią strącił 10 maszyn Luftwaffe w ciągu trzech tygodni. Potem nastąpił upadek Francji, znów wytrącenie broni z rąk i znów desperackie jej szukanie. Więc Bordeaux, Zatoka Biskajska, Anglia. W Anglii losy sprzęgły Frantiszka z Dywizjonem 303 już raz na zawsze, na życie i na śmierć. A przede wszystkim na zwycięskie boje. Brał wybitny udział we wszystkich większych bitwach dywizjonu. Począwszy od drugiego września, co drugi, trzeci dzień odnosił zwycięstwa i zawsze rozkładał to jednego, to dwóch, czasem trzech wrogów w ciągu jednego startu. Nigdy prawie nie wracał bez wyniku. Jakiś triumfalny pochód zwycięstw od lotu do lotu. Któregoś dnia, było to w początkach walk, zaszedł nieprzyjemny zgrzyt. Dowódca klucza, w którym leciał Frantiszek, nie zginął tylko o włos z winy sierżanta. Podczas ataku na kilka messerschmittów dowódca stwierdził z osłupieniem w ostatniej chwili, że z boku nie było Frantiszka, który ni stąd, ni zowąd opuścił szyk i gdzieś się zawieruszył. Pokrzyżowało to cały plan ataku i zmusiło resztę klucza do gwałtownego wycofania się z niebezpieczeństwa. Gdy Frantiszek wrócił z tego lotu do bazy, okazało się, że po odłączeniu się od klucza zestrzelił w pobliżu Kanału dwa nieprzyjacielskie samoloty. Lecz gdy w dniach następnych powtarzały się podobne ucieczki z szyku, rzecz nabrała niepokojącej wagi. Karność w zespole jest nieodzowną podstawą powietrznej walki. Dowódca - obojętnie: klucza, dywizjonu czy skrzydła - musi bezwzględnie polegać na swych myśliwcach lecących za nim, ażeby wykonać w zespole polecone zadanie. Inaczej nie ma zwycięstwa. Inaczej grozi rozprzężenie i nieład kupy. Frantiszek wprowadzał nieład. Po nowym odskoku zawezwany do raportu przed oblicze Urbanowicza, który wtedy był polskim dowódcą Dywizjonu 303, Frantiszek stanął przed przełożonym wyprężony jak struna. On zawsze stawał jak struna: był przystojnym, młodym mężczyzną o śmiałym oku i ujmującej twarzy. Tłumaczył swe postępowanie tak: ujrzał daleko z boku skurczybyka z czarnymi krzyżami i nie mógł wytrzymać. Musiał podskoczyć. Porwało go, omotało go. Podskoczył i zestrzelił.
- Panie kolego! - oświadczył Urbanowicz swym spokojnym, chociaż przenikliwym jak stal głosem.
- Dywizjon jest naprawdę rad, że ma tak świetnego myśliwca, lecz przy tym nie zapominajmy o jednym: że jesteśmy żołnierzami i jako tacy mamy spełnić swój obowiązek. Stanowczo proszę: nie wolno opuszczać szyku przed walką!
- Rozkaz, panie kapitanie! Brzmiało to szczerze i w istocie Frantiszek był wtedy szczery.
Przez dwa dni wszystko odbywało się w najlepszym porządku. Potem diabeł znów się wmieszał i Frantiszek powrócił do starego nałogu. Na wysokości 15 000 stóp ogarniał go niepokój, na wysokości 18 000 stóp sierżant ulegał pokusie. Znikał i spieszył nad Kanał. Nad Kanałem miał raj: czyhał tam na wrogów, którzy byli w głębi Anglii i tędy musieli powracać. Powracali przeważnie rozbici, często postrzelani, zawsze na resztkach paliwa. Łatwo ich było tu wyłapywać i dobijać. Angielskie wybrzeże Kanału stawało się dla nich prawdziwym progiem śmierci. "Metoda Frantiszka", jak nazywano w dywizjonie owo polowanie nad brzegiem Kanału, miała wielu amatorów wśród Polaków i Brytyjczyków z innych dywizjonów. Ale była między nimi a Frantiszkiem pewna różnica: podczas gdy ci myśliwcy pędzili nad Kanał dopiero po walce i po wykonaniu bojowego zadania, Frantiszek, choć często walczył jak oni u ich boku, jednak częściej nie chcąc tracić czasu, rwał nad wybrzeże zaraz po wzbiciu się w powietrze. Była to jego mania, jego cichy szał, niezwyciężona choroba, nieodparta pasja. W grę wchodziła nie tylko ambicja pokonania jak największej liczby wrogów; tkwiło to głębiej, w samej strukturze duchowej Frantiszka. Kompan dobry przy kieliszku, kolega uczynny w każdej okazji, kochanek dla dziewczyn czuły i szczodry - w powietrzu musiał wyżywać się sam, sam jeden. Tam nie uznawał towarzystwa, nie znosił skrępowania, zrywał więzy. Był u góry, jak bywają wielkie orły: samotny, drapieżny i zazdrosny o przestrzeń. Nie chciał dzielić z nikim powietrza ani zwycięstw. Postępowanie Frantiszka podkopywało oczywiście karność dywizjonu. Był to coraz trudniejszy problem dla dowództwa. Czyżby usunąć z dywizjonu tak znakomitego asa, przysparzającego formacji tyle chwały? Wyraźnie zanosiło się na tę ostateczność, gdyby w końcu dowództwo nie powzięto decyzji iście salomonowej, takrozumnej i tak zarazem wielkodusznej: czeskiego sierżanta Polacy uznali za gościa dywizjonu. Gościowi pozwalano na niejedną swobodę. Dodatnie skutki tej mądrej decyzji ujawniły się natychmiast: myśliwcy-koledzy odetchnęli z ulgą. A Frantiszek? Frantiszek zareagował na swój sposób: następnego dnia sprzątnął trzy nieprzyjacielskie maszyny. Znane stało się jego oświadczenie, gdy pewnego razu lądował przymusowo na którymś z lotnisk południowej Anglii. Powiedział do nadbiegających Anglików: - I am Polish! Frantiszek nie był odstępcą narodowym i zawsze czuł się Czechem. Wypowiadając powyższe słowa, podkreślał tylko swą istotną przynależność do polskiego dywizjonu i stwierdzał dobitnie, że jest duszą i ciałem z Polakami. I rzeczywiście był z nimi sercem i duszą. Ich temperament odpowiadał najlepiej jego wybujałej naturze. Anglicy, dla których był jakąś na pół legendarną zjawą, zachwycali się nim i czynili wszelkie starania, by ściągnąć go do swych dywizjonów. Na nic. Frantiszka nie nęciły widoki przywilejów ani awansu. Chciał być między Polakami, w ich sławnym już Dywizjonie 303, i rzecz zdumiewająca - nie pociągał go nawet tworzący się czeski dywizjon myśliwski. Frantiszek, ma się rozumieć, był niezrównanym pilotem i strzelcem. Że posiadał przy tym wyjątkową przytomność umysłu i błyskawiczność działania, świadczyło zajście, jakiemu przyglądało się całe lotnisko angielskie. Kiedyś, w czasie walki nad Kentem, przygrzał tak siarczyście jakiemuś messerschmittowi 110, że przeciwnik dał znaki, iż chce poddać się i wylądować na pobliskim lotnisku. Wobec tego Frantiszek przestał strzelać. Messerschmitt opuścił podwozie i schodził nad samo lotnisko. Lecz był to tylko podstęp. W chwili gdy messerschmitt kołami dotykał już prawie ziemi, dał nagle pełnego gazu i zerwał się w górę jak sprężyna. Niedaleko uciekł. W tej samej nieledwie chwili otrzymał tak celną serię pocisków od Frantiszka, że spadł jak ścięty kłos i rozbił się jeszcze na samym lotnisku - nowe ogniwo do sławy dzielnego sierżanta. Pod koniec września coś zaczęto się psuć w systemie nerwowym Frantiszka. Rozstrój jego przybierał dziwaczną formę: myśliwiec bał się ziemi. Latał wiele, więcej niż dotychczas, gdyż tylko w powietrzu czuł się bezpieczny. Na ziemi bywał przewrażliwiony. W czasie nocnych nalotów niemieckich zrywał się na lada odgłos syren i pierwszy pędził do schronu, on, który dawniej śmiał się z takich środków bezpieczeństwa. Nowa mania chwyciła go równie mocno jak wszystkie poprzednie i było w tym rzeczywiście coś wstrząsającego, godnego najgłębszego współczucia: junak, który z niesłychaną brawurą i z najzimniejszą krwią rzucał się w powietrzu na wroga, wracając w chwilę później do swej bazy, bał się ziemi. Bał jej się coraz bardziej, jak gdyby ziemia była demonem mszczącym się na człowieku za to, że tak bezgranicznie ukochał powietrze. W duszy pełnej namiętnych impulsów, w duszy niezwykłego myśliwca rodziła się tragedia, której epilog nastąpił niezadługo, dnia 8 października. W owym dniu Frantiszek, wracając z bojowego lotu, zaczepił nieopatrznie skrzydłem o kopiec w czasie wykręcania tradycyjnej "beczki" i rozbijając maszynę, zginął na miejscu. Działo się to ponoć przed domem jego bogdanki, mieszkającej w Ruislip, w pobliżu lotniska w Northolt. Tak zginął od ziemi, jak się tego obawiał, jeden z najwybitniejszych asów tej wojny, sierżant Józef Frantiszek, który strącił 27 maszyn nieprzyjacielskich: 10 we Francji, 17 w Anglii. Kawaler Croix de Guerre, Distinguished Flying Medal, Krzyża Walecznych i Virtuti Militari. Niezłomny Czech, który po upadku swej ojczyzny szukał oparcia w Polsce; czołowy myśliwiec czeski, który tylko w gronie polskich myśliwców walczyć chciał i walczył: on i oni pokazali na najważniejszym odcinku życia, bo w rozstrzygającej walce z zawziętym wrogiem, jak Polak z Czechem mogą stanąć społem, ramię przy ramieniu, czynnie i zwycięsko - pokazali to już na długo przedtem, zanim zielony stół dyplomatów wykreślił zręby przyjaźni polsko-czeskiej."

Spróbujmy zatem przeanalizować co wiemy na temat dzielnego Czecha.
Na podstawie czeskich źródeł wychodzi, że pilotem był zaiste dobrym, i wolę walki również miał, gdyż jako jeden z nielicznych uciekł do Polski aby walczyć z Niemcami, jakkolwiek nie porwał żadnego samolotu i trafił do Polski droga lądową. :)
Dalsze rozbieżności dotyczą jego zestrzeleń we Francji, żadne z francuskich źródeł nie potwierdzają rzekomych zestrzeleń Frantiska. Największe jednak kontrowersje może budzić samo zachowanie dzielnego Czecha. Nawet Fiedler wyraźnie pisze że Frantisek narażał swoja niesubordynacją powodzenie misji oraz swoich kolegów z dywizjonu i mając za nic rozkazy odłączał się by lecieć nad Dover. Tam jeśli napotkał pojedynczy uszkodzony niemiecki samolot który wracał z misji po prostu go dobijał. Skuteczne ale dość mało spektakularne. Takim to sposobem ów as nabijał sobie konto. Fiedler wspomina również że aby jakoś rozwiązać sprawę niesubordynacji Frantiska otrzymał on status gościa dywizjonu, cokolwiek wydaje się to dziwne, czemu jeden pilot niejako może więcej niż inni?
Warto dodać że Frantisek tak naprawdę długo się nie nalatał, dywizjon 303 osiągnął gotowość bojową 30 sierpnia 1940 roku, a 8 października tegoż roku nasz Czech już nie żył.
Okoliczności śmierci Frantiska są również cokolwiek dziwne, jego samolot zahaczył skrzydłem o ziemię. Wieść gminna niesie że popisywał się przed jakąś kobietą i mu nie wyszło. W każdym razie wrak jego samolotu nie nosił śladów po kulach.
Niedawno ukazała się książka "Ostatnia Walka" napisana na podstawie pamiętników Jana Zumbacha pilota i dowódcy dywizjony 303. Tam również można znaleźć kilka zdań dotyczących Frantiska, jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że Zumbach wyraża się o nim niejako z delikatna niechęcią.
Również opisuje odłączanie się Czecha od dywizjonu i jego samotne wycieczki nad Dover, oraz nadanie mu statusu gościa dywizjonu, jednak już bez epitetów typu samotny drapieżny ptak itp. Zamiast tego można wychwycić sugestię że Frantisek był osobą mało zrównoważoną i postacią kłopotliwą dla dywizjonu.
Za to już całkiem inaczej Zumbach opisuje motyw zestrzelenia Bf 110 który poddał się i chciał wylądować.
Wg Zumbacha Frantisek doprowadził niemiecką maszynę do angielskiego lotniska ale zanim ten wylądował Czech sam doszedł do wniosku że pewnie Niemiec chce go oszukać i na wszelki wypadek zestrzelił go 100 metrów przed progiem pasa. Żeby tego było mało wylądował obok i pobiegł do wraku wyszukiwać trofeów przeszukując martwych już pilotów, co spotkało się z oburzeniem przyglądających się zajściu Anglików.
Cóż, była wojna i pewne emocje brały górę, nie mniej jednak obraz dzielnego Czecha nakreślony przez Fiedlera jakoś mało przystaje do tej relacji.

No i najciekawsze na koniec.
Już w podstawówce byłem wiernym czytelnikiem Skrzydlatej Polski, jedynego wówczas czasopisma poświęconemu zagadnieniom lotniczym. Na ostatnich stronach był jakiś taki dział, klub iskra się nazywał. Można tam było zamieścić jakieś drobne ogłoszenia, publikowano tam też listy czytelników.
Jakoś w połowie lat osiemdziesiątych, pewnego dnia ukazał się tam list którego autor w sposób bez obcesowy rozprawił się z mitem dzielnego Czecha. Niestety nie pamiętam kto podpisał się pod tym listem i czy w ogóle podpis był, czasu trochę minęło, jednak ogólny sens postaram się przytoczyć. Więc autor wyglądał na kogoś z personelu dywizjonu 303, a przynajmniej opisywał to z punku widzenia kogoś kto był świadkiem tych wydarzeń. Wg niego Frantisek był osobą wręcz znienawidzoną w dywizjonie przez kolegów, a już na pewno przez niego samego. Dalej pisał że Frantisek miał gdzieś regulamin oraz wszelkie zasady, nie przychodził na odprawy, a wręcz znikał na całe dnie. Ponoć też było wiele prób wydalenia go z dywizjonu, co jednak spotykało się ze sprzeciwem dowództwa RAF-u. W końcu znaleziono kompromis i kłopotliwy pilot otrzymał status gościa, co już wiemy.
Dla czego?
No i teraz uwaga... autor twierdził że Frantisek miał dwa etaty, oprócz tego że był pilotem był też brytyjskim agentem. Jego zadaniem miała być między innymi inwigilacja kolegów z dywizjonu.
W zamian za to dowództwo RAF-u tolerowało jego niesubordynacje i wybryki, a koledzy mieli go zwyczajnie dość.
Autor także wytykał mu tchórzostwo, jak właśnie to, że podczas alarmu pierwszy leciał do schronu.

Nie mam pojęcia ile może być w tym prawdy, trudno zaprzeczyć trudno potwierdzić.
Nie wiem czy pisanie paszkwila na czeskiego pilota w polskiej gazecie za komuny było politycznie zasadne, w końcu byliśmy w tym samym bloku. Tendencja opluwania pilotów RAF-u na łamach SP raczej nie była zauważalna. Wiem jedno, dla mnie był to cios, mój bohater okazał się jakąś pokrętna postacią.
Zasadniczo jakby na to nie patrzeć polscy piloci też nie byli wzorem jeśli idzie o przestrzeganie regulaminu, zwłaszcza w porównaniu z pilotami angielskimi. Pewien stary czeski pilot powiedział że Frantisek chciał latać w polskim dywizjonie bo miał problemy z regulaminem a w polskich dywizjonach wszyscy je mieli.

Kim zatem był Josef Frantisek? Awanturniczą duszą czy drobnym sprzedawczykiem?
Chyba trudno będzie się dziś tego dowiedzieć...
Mam jeszcze gdzieś w garażu pudło z rocznikami Skrzydlatej Polski, jak są chętni do pomocy można by to przekopać i poszukać tegoż artykułu.
Na zakończenie można dodać że Josef Frantisek wydaje się być inspiracją postaci Karela Vojtiska - bohatera czeskiego filmu "Ciemnoniebieski Świat" ukazującego losy czeskich pilotów w RAF-ie.

Zapraszam do dyskusji.

Wróć do „II wojna światowa”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość